Blog

Bez kategorii Święci Europy

Historia św. Rity z Cascii

Historia św. Rity z Cascii

Mam na imię Margherita, czyli po polsku Małgorzata.

Urodziłam się w małej, włoskiej miejscowości Roccaporena. Moi rodzice, Amata i Antonio Lotti, byli ubodzy, ale bardzo szanowani wśród mieszkańców naszej wioski. Pojawiłam się na świecie, kiedy nie mieli już nadziei na posiadanie potomstwa, stałam się więc dla nich wytęsknionym skarbem. Nawet wybrali dla mnie imię, które w języku greckim oznacza „perłę”! Najczęściej jednak zwracali się do mnie zdrobniale i pieszczotliwie: Rita. Bardzo mi się to spodobało, z czasem więc wszyscy tak zaczęli mnie nazywać. Oczywiście, ty również możesz tak do mnie mówić, będzie mi bardzo miło! Jako mała dziewczynka wzrastałam otoczona miłością i troską rodziców – tak jak róża rośnie, kiedy dobrze się o nią dba, zapewnia jej odpowiednie światło i wodę.

Pewnie udało ci się już kiedyś zauważyć, że każda róża ma wiele kolców.

Również w moim życiu było wiele bolesnych kolców, trudnych momentów cierpienia. Jako młoda dziewczyna bardzo pragnęłam wstąpić do klasztoru, ale moi rodzice postanowili wydać mnie za mąż. Byłam im posłuszna i nie sprzeciwiłam się ich woli – poślubiłam Pawła de Ferdinand. Okazał się on jednak człowiekiem gwałtownym i awanturniczym.

Starałam się być dla niego jak najlepszą żoną, wszystkie swoje obowiązki domowe wykonywałam starannie, z oddaniem. Modliłam się za niego i wierzyłam, że z  czasem nawróci się do Boga. I rzeczywiście tak się stało! Stracił życie w takim momencie, w którym był już blisko Pana. Jednak nasi dwaj synowie bardzo ciężko przeżyli śmierć ojca i zapragnęli się zemścić na zabójcy. Bardzo to przeżywałam. Nie chciałam, aby moi chłopcy postąpili w tak ohydny sposób. Modliłam się więc za nich do Boga. Wkrótce obaj ciężko zachorowali, a następnie zmarli.

 

Po śmierci swoich najbliższych, postanowiłam wstąpić do zakonu augustianek, jednak dwukrotnie mi odmówiono.

Powód? Do wspólnoty zakonnej mogły dołączyć tylko młode panny, a nie wdowy. Dla Boga nie ma jednak nic niemożliwego!  Pewnej nocy ukazali mi  się trzej święci: Jan Chrzciciel, Augustyn, Mikołaj z Tolentino. I to właśnie oni wprowadzili mnie do klasztoru, pomimo pozamykanych drzwi. Wobec tak nadprzyrodzonego faktu siostry przyjęły mnie do swojego zgromadzenia.

W trakcie swojego życia zakonnego często rozważałam Mękę Pańską. Pewnego razu, kiedy byłam szczególnie rozmodlona, kolec z korony cierniowej Jezusa wbił się w moje czoło.  I odtąd miałam w tym miejscu bolesną ranę, która w dodatku wydawała przykrą woń. Pod koniec życia bardzo zachorowałam. Moja znajoma chciała mi podarować choć odrobinę radości.

I przyniosła to, o co ją poprosiłam – piękną różę.

Niezwykłe było, że wyrosła w styczniu na zamarzniętym krzaku! Nie miałam wątpliwości: to specjalny dar od Jezusa dla Jego umiłowanej. Choć moje życie było pełne bolesnych kolców, rozkwitłam najpełniej jak tylko mogłam. Bardzo pragnęłam stać się pięknym kwiatem dla Pana Boga. Pewnego majowego dnia odeszłam z tego świata i znalazłam się w ramionach Ojca Niebieskiego.

 

 

Dziś mogą mnie prosić o pomoc wszyscy ci, którzy znaleźli się w beznadziejnej sytuacji. Gorąco pragnę, aby uwierzyli, że nie ma tak ciemnej doliny, z której Bóg nie potrafiłby wyprowadzić na jasną polanę. Trzeba Mu tylko zaufać.

 

(Alicja Bukowska)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *